Tekst na stronie Gazeta.pl Szczecin

tall ship races

 

 

 

 

 

Otrąbiono wszem i wobec – w 2017 roku Szczecin znów zorganizuje finał regat wielkich żaglowców „The Tall Ship Races”. Szkoda, że poza euforią brak w Szczecinie zastanowienia nad sensem takiej imprezy.

Oczywiście powinniśmy się cieszyć z przyznania Szczecinowi kolejnego finału, bo nie każde miasto ma możliwości gościć największe żaglowce świata i jest to dla nas pewne wyróżnienie.

Należy jednak zadać podstawowe pytania. Kto za to wszystko zapłaci? Czy Szczecin ma „żyć naprawdę” cały czas, czy tylko raz na 4 lata?
Niestety, obawiam się, że światowa impreza raz na kilka lat nie zamaże katastrofalnej sytuacji ekonomicznej naszego miasta i widoku emigrujących za pracą mieszkańców. Wielu gości  z zagranicy podczas ostatniego finału to niestety szczecinianie, którzy przyjechali odwiedzić resztę swojej rodziny. To emigranci zmuszeni opuścić nasze miasto z powodów ekonomicznych.

Moim zdaniem wszelkiego rodzaju imprezy tej rangi powinny być tylko dopełnieniem, istną wisienką na torcie zdrowego, rozwijającego się i pnącego się do góry nowoczesnego miasta. W wypadku Szczecina tak nie jest.
Gdybyśmy byli gospodarzem igrzysk olimpijskich, to bliżej nam niestety do rosyjskiego Soczi, które zakrywa rozpadające się stare chaty płachtami, niż do Londynu, który właściwie wszystko co potrzebne miał już zbudowane, jest duży miastem, które nie musi się przystosowywać, aby dźwignąć finansowo i organizacyjnie nawet olimpiadę.
Rzeczą straszną jest to co widzą żeglarze wpływający na Tall Shipy. Zniszczony przemysł, zdewastowana stocznia, miasto „post-morskości” – tak wygląda Szczecin od strony Odry.

Może to będzie brutalne porównanie – ale w mojej ocenie tak właśnie jest.
Szczecin zaczyna przypominać alkoholika, żyjącego od jednej do drugiej imprezy. Co cztery lata upaja się widokiem pięknym żaglowców. Problemem może się jednak okazać fakt, że na kolejną balangę zwyczajnie zabraknie już pieniędzy.